czwartek, 23 kwietnia 2015

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich 2015 :)

Dzień święty trzeba święcić! Po raz 19 świętujemy ten dzień w Polsce. Skąd wzięła się ta data? To rocznica śmierci kilku znanych i cenionych pisarzy, takich jak Nabokov, Szekspir czy Cervantes. Pomysł narodził się całe lata temu w Hiszpanii (1930 r. - czyli niecały rok po narodzinach mojej Babci!) - w Katalonii jest świętem narodowym. Podobno kobiety dostają z tej okazji czerwone róże. Cóż, dziś widziałam jedynie żółte baloniki pod księgarnią Tak Czytam... Róże - u kwiaciarki na Rynku - ale żadnej nie dostałam :( ;) Po jakimś czasie panie za róże zaczęły odwdzięczać się panom książkami, pewnie dlatego, że mniej panów czyta (podobno). Pomysł super, cieszę się, że przyjął się na całym świecie. Jedynie w Wielkiej Brytanii i Irlandii świętują w marcu. Poza tym UNESCO co roku przyznaje tytuł Światowej Stolicy Książki jednemu z miast, które promuje czytelnictwo. W przyszłym roku ma to być Wrocław :) I tyle z teorii. A jak to wygląda w praktyce?

Źródło: jak wyżej ;) Zachęcali do udostępniania, to proszę!


Jak co roku - poszalałam. Odebrałam zamówienie z Empiku i dokupiłam dwa "gratisy". Jeden to prezent, więc go muszę skitrać, drugi to książka, na którą od dawna polowałam, a dziś dorwałam ją 30% taniej.



Zawartość paczki :)


Gratisy :D

Denerwuje mnie zwyczaj przyklejania naklejek ze zniżkami. Wiem, że są przydatne, ale przyklejanie ich na matowej części okładki - NISZCZY JĄ, do cholery! Krzywdzą tak książki w sieciówkach i boli mnie to niezmiernie. Jestem estetką i lubię mieć ładne, zadbane książki, a czasem się po prostu nie da, jak mi pierdzielną na okładkę taką naklejkę. Ech. Ale to nie o naklejki w końcu chodzi, choć musiałam się pożalić ;)



KOMPLET!!! :D Za rok kolejne dwa tomy pewnie :)


Dokupiłam do kolekcji :) 

Zbieram książki Martina w okładkach filmowych (w zasadzie powinnam napisać - serialowych), bo najzwyczajniej w świecie te podobają mi się o wiele bardziej niż stare. Aktualnie jestem od roku przy pierwszym tomie, ale seria wciąga! Serial też.


Spacerując do Empiku podglądałam ludzi. Mijali księgarnie bez słowa, z zerowym zainteresowaniem nawet balonikami zawieszonymi dookoła wejścia jednej z nich. Smutne to. Na mnie - idącą z paką pod ręką - patrzyli dziwnie. Niby się przyzwyczaiłam, że człowiek z paczką z książkami - bo w końcu widać, co niosę, dzięki banderoli - jest uznawany za dziwaka. W ogóle - człowiek z książkami. Tak jakby to było coś dziwnego! Brać przykład, ludzie, a nie marudzić! :)

Poza tym promocje niezbyt kusiły. Zniżka rzędu 5% to tyle co nic. I jeszcze wielki plakat na pół witryny, z napisem "23 KWIECIEŃ". Rozumiem, że zaczepiającej mnie Cygance ("Mogę się o coś zapytać?" - o wróżenie, standard) musiałam po raz kolejny wyjaśnić, że "SIĘ" to zaimek zwrotny i SIĘ może zapytać, i owszem, ale mnie NIE... Ale kurczę - taki byk w witrynie KSIĘGARNI? 23 KWIECIEŃ? Seriously?

Drodzy Państwo - mamy 23 KWIETNIA, dzień, który należy święcić, jak przykładny katolik niedzielę. I tego Wam życzę. Udanych łowów! ;)

środa, 22 kwietnia 2015

Załamka po całości.

Dwa hasła: jednolita i stałą cena książki i drogi alkohol sprzedawany w mniejszej ilości sklepów monopolowych. Dwa durne pomysły z ostatnich tygodni. Dwa powody do bycia wku...rzonym.

W przypadku pierwszego - OK, rozumiem chęć ratowania wydawnictw. Pytanie tylko, czy to nie będzie raczej gwóźdź do trumny dla tych mniejszych... Książki mające stałą cenę przez rok będą - jestem tego prawie pewna - leżały na półkach w magazynach/księgarniach/marketach, bo w regularnej cenie mało kto je kupi. Pomijam desperatów ;) Dyskusja na forum książkowym spowodowała, że w mojej głowie ułożyło się kilka wersji wydarzeń, które mogłyby mieć miejsce w niedalekiej przyszłości:

Wersja 1:
Księgarnie upadną. Biblioteki spłoną. Czytelnicy wyjdą na ulice! No dobra, żartuję.


PRAWDZIWA wersja 1:
Ludzie przez okrągły rok nie będą (prawie wcale) kupowali książek, bo będą woleli poczekać, aż po tym okresie ich cena nieco spadnie. Ale stres, jaki przeżyją przez te 12 miesięcy, skłoni ich do łykania antydepresantów. Punkt dla farmaceutów i producentów leków.

Wersja 2:
Ludzie będą kupowali książki po premierze, nie bacząc na ich cenę. Odbije się to na ich kontach, związkach i psychice. Skłoni ich to do łykania antydepresantów. Punkt dla farmaceutów i producentów leków.

Wersja 3:
Ludzie będą wypożyczali książki z bibliotek, które z racji braku odpowiedniego finansowania i zbyt małych zniżek nie będą w stanie kupować takiej ilości nowości, na jaką jest zapotrzebowanie. Co na to czytelnicy? Skłoni ich to do łykania antydepresantów. Punkt dla farmaceutów i producentów leków.

Wersja 4:
Pomysł nie przejdzie. Czytelnicy dopną swego. A posłowie? Skłoni ich to do łykania antydepresantów. Punkt dla farmaceutów i producentów leków.



Pomyślałam nawet, że jak już człowiek załamie się z powodu braku książek w normalnej (czytaj: niskiej, więc przystępnej*) cenie, nie będzie nawet miał za co się - za przeproszeniem - uchlać z rozpaczy. Bo alkohol podrożeje niemalże dwukrotnie. Skłoni nas to do łykania antydepresantów. Punkt dla farmaceutów i producentów leków. I dla UE.


Wyczuwam spisek! :D

OK, znowu żartowałam. Ale sami przyznajcie, że coś w tym jest. Wiem, że to normalne, że wszystko drożeje, ale...:

*Porównując ceny książek w Polsce i np. Wielkiej Brytanii - przy polskich i brytyjskich zarobkach - jesteśmy w czarnej dupie. Rozmawiałam wczoraj z koleżanką z Wielkiej Brytanii i stwierdziłyśmy, że 7 funtów za książkę tam, przy czym można je kupić w promocji za funta, a 35 złotych (w promocjach za dychę - na przykład) tutaj, to jednak "drobna" różnica. Nic dziwnego, że w Polsce kupuje się coraz mniej książek. Nie mylcie tego z czytaniem - czyta coraz więcej osób, to znowu jest trendy! :)

Z tego całego smutku i załamki mam ochotę na kieliszek wina. Ale wolę je zostawić w zanadrzu na jakąś okazję, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nagle cena butelki mojego ulubionego, różowego winka wzrośnie dwu- albo i trzykrotnie...


Podobno ta cała akcja z alkoholem ma zapobiegać alkoholizmowi. Jaki z tego wniosek? Tak jak z fajkami - ludzie będą świrować. Skłoni ich to do łykania antydepresantów. Punkt dla farmaceutów i producentów leków.








[Wpis proszę traktować z przymrużeniem oka, dziś mam fazę - bez alko ;)]

wtorek, 14 kwietnia 2015

Literatura podróżnicza - czyli jak podróżować, nie ruszając się z domu ;)

Zawsze lubiłam podróżować. Poznawać nowe miejsca, ludzi... Potem, im byłam starsza - tym dalsze wyprawy odbywałam (patrz: jeden z pierwszych postów na blogu, ten o podróżach literackich). Poznawanie nowych kultur, krajów stało się dla mnie najlepszą rozrywką, na którą zawsze czekałam i czekać będę z utęsknieniem. Wiadomo, że finansowo wygląda to różnie, a sama nie byłam na wakacjach od czasu wyjazdu do Paryża w 2011 roku - pominąwszy pewien letni wieczór w Pradze, gdzie spontanicznie pojechaliśmy ze znajomymi, "bo w Zakopcu lało". Tak, podróże to też niespodzianki, każdy to wie.

A kiedy nie ma pieniędzy/czasu na podróż? 

Odpowiedź jest jasna. Bogu dzięki za literaturę podróżniczą! :) Od dziecka zaczytywałam się we wspomnieniach z odległych krajów, opowieściach z podróży po innych kontynentach. Kilka lat temu miłość do tej literatury narodziła się we mnie na nowo, nawet intensywniejsza niż kiedyś - bo już "liznęłam" trochę Europy.

Kiedyś uwielbiałam literaturę "górską". O Tatrach (bo blisko) i Himalajach (bo znajomi tam bywali) była najfajniejsza, niektóre pozycje czytało się jak niezły thriller. Największe chyba wrażenie wywarła na mnie (wydana w roku mojego urodzenia) książka "Na jednej linie" autorstwa znanej himalaistki Wandy Rutkiewicz. 

Źródło: Internet 
(bo do Rodziców mam za daleko i nie zrobię własnego zdjęcia ;))

Potem przyszła pora na typowe książki podróżnicze. Cała seria z "Iskier" - wszystkie tomy, jakie tylko były w domu - była dla mnie czymś wspaniałym. Teraz wydania te słabo nadają się do czytania - boję się, że rozlecą mi się w rękach... :( 


Taką kolekcję (u góry cztery książki gratis) mam skitraną u siebie w pokoju ;)

Przez całe lata zwiedzałam z Rodzicami Polskę, wyznając zasadę: "Cudze chwalicie, swojego nie znacie - to poznacie!". Od Wschodu po Zachód, od Południa po Północ. Wzdłuż i wszerz. Do tej pory nie widzieli mnie tylko na Mazurach - ale i to jest do narobienia. Muszę przyznać, że z takimi Rodzicami (taternicy, grotołazi a do tego książkoholicy) miałam naprawdę świetne dzieciństwo. Poznałam masę ciekawych osób - rodzinę zdobywcy Everestu, Andrzeja Czoka, który niestety już nie żyje, poznałam Janusza Baranka, zdobywcę m.in. Lhotse, z którym miałam przyjemność wspinać się na skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej... Ach, wspomnienia mam cudowne! Tyle opowieści o górach z pierwszej (lub drugiej) ręki, tyle wrażeń! 

A potem dorosłam. 

Literatura górska odeszła w zapomnienie, tak jak planowane kupno nowego sprzętu do wspinaczki. Grzecznie skończyłam szkołę, studia... Odwiedziłam Ukrainę, Litwę, Niemcy (wymiana uczniów - polecam każdemu - jeśli Wam już się to nie uda, wysyłajcie na takie wymiany swoje dzieci - to świetna przygoda), Czechy, Tunezję (po maturze miałam przyjemność odbyć tam super wyprawę - na Saharę wybyliśmy na wielbłądach, zjeździłam też w kilka dni prawie cały ten piękny kraj i wcale nie było mi wstyd, że jestem tam turystką!), Francję, Wielką Brytanię, zahaczyłam też przejazdem o Belgię i Luksemburg. I na nowo sięgnęłam do literatury podróżniczej.



Do każdej z tych książek mam ochotę sięgać, kiedy za oknem leje albo kiedy po prostu mam ochotę na jakąś podróż. Powyższe książki napisali dziennikarze, osoby znane i lubiane/cenione. Pamiętam pierwszą lekturę książki Michaela Palina. To było takie wielkie WOW. Napisał jeszcze książkę o Himalajach, ale ta leży na półce u Rodziców ;) To świetny pomysł - wyruszyć w wyprawę śladem bohaterów znanej książki (podpowiedź: Verne). Jeszcze lepszy - opisać ją :) Cudownie mi się czytało również książkę Elizabeth Gilbert. Długo nie mogłam się do niej przekonać, wydawało mi się, że będzie ckliwa i infantylna. Jakże się myliłam! Zakochałam się w niej z miejsca. Duetu Mellerów nie muszę reklamować - do podróży po Gruzji na pewno mnie zachęcili. Kraśko, Wojciechowska i Pawlikowska - no comment. Klasa. Jarosław Kret - brakuje mi jego książki o Indiach, tę kupiłam z "Gaumardżos!" w pakiecie i nie żałuję :)

A kiedy kilka lat temu powstała seria "Bieguny" (o której na studiach moja M. pisała pracę licencjacką) - przepadłam. Po prostu PRZEPADŁAM. Teraz Carta Blanca podlega pod PWN, ale oferta w tej konkretnej serii jest niezmiennie bardzo ciekawa. Zaczęłam ją kolekcjonować od książki Jarka Sępka "W 80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu). Potem poszło już szybko i z górki ;)



Kupuję te książki z serii, które mnie najbardziej interesują - na szczęście w mojej taniej księgarni mają spory wybór :D Dziś dokupiłam książkę Anny Wojtachy (żałuję, że kiedy na mojej uczelni odbywało się spotkanie z nią - ja byłam w pracy...) oraz matki i córki - Claire i Mii Fontaine. I naprawdę diabelnie mnie do tej ostatniej ciągnie! 

Dlatego choć teraz "bida z nyndzą", podróżować mogę zawsze - w czasie lektury. Dałam się zaczarować tej serii i uważam ją za jedną z ciekawszych na rynku wydawniczym.


Moi drodzy - jeśli Wy też lubicie podróżować, pamiętajcie: palcem po mapie to też podróż, ale lepiej usiąść wygodnie, z nosem w książce podróżniczej i dać się porwać... A potem, w miarę możliwości - odwiedzać miejsca, o których czytamy. Wtedy jest to podwójnie przyjemne :)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Biżuteria książkoholika (i kociary) :)

Jestem kobietą (wow, co za niespodzianka!) i książkoholikiem. Lubię biżuterię. Dwa dni temu otrzymałam przesyłkę od cudownej M., która w prezencie "z okazji wiosny" - zafundowała mi cudowne kolczyki :) Raz jeszcze Ci dziękuję! Przy okazji - zupełnie nieświadomie - podrzuciłaś mi pomysł na ten post :)

Postanowiłam sprawdzić, jak wygląda moja biżuteria książkoholika. Jak wiadomo, jak się kocha książki, z reguły kocha się też koty, więc podpięłam pod to również biżuterię kociary :) Oto moje "zbiory"...


SOWY


Pozłacany pierścionek z sówką ze Stambułu - od mojej M., niestety nie przeżył potyczki z (prawdopodobnie) Pocztą Polską. Dotarł do mnie połamany, bez możliwości sklejenia. Zostawiłam go sobie jednak na pamiątkę, bo jest przeuroczy :)

Pierścień - sowa. Genialny, ale za duży na moje chude palce. Mimo to - ciągle jest w kolekcji. Czasem wychodzi ze mnie chomik :) 

Kolczyki - sowy. Lubię jak sobie dyndają radośnie z moich uszu.

Pierścień - księga z sową na "okładce". Cudo z wyprzedaży w czasie likwidacji sklepu z biżuterią. Pleciona obrączka i otwierana księga (czasem się śmieję, że akurat zmieści się tam ketonal)... Mówiłam, że to cudo!

ZEGAREK


Szczęśliwi czasu nie liczą, ale temu zegarkowi nie mogłam się kiedyś oprzeć. Wiąże się z nim cała historyjka z Off Fashion, kiedy na pytanie o godzinę odpowiadałam: "kocia". Jest słodki, choć za szeroki na moje chude nadgarstki :)

NASZYJNIKI


I bransoletka w gratisie, z wygrawerowanym napisem "kocham czytać". 

Klucz przypomina mi ten do Tajemniczego Ogrodu. Albo do jakiejś bajkowej krainy. Wyobraźnia działa, dlatego znalazł się na zdjęciu :)

Sowy - kiedyś była nieco innego koloru ;) - nie muszę tłumaczyć. Nie znoszę takich świecidełek, a w tym przypadku... podobają mi się. 

Naszyjnik z kotem dostałam na zeszłoroczną Gwiazdkę. Do kompletu z kolczykami i pierścieniem ze zdjęcia "KOTY". 

Ostatni naszyjnik z kotami to również prezent. W jakiś sposób mnie rozczula :) 

VARIA


Zegarek już znacie. Zakładkę i brelok dostałam na urodziny od P. :* 

Pierścień kupiłam wieki temu, kojarzy mi się z angielskimi ogrodami, Jane Austen/siostrami Bronte i starocią. Swoje przeszedł, po latach też już nie wygląda tak, jak w dniu kupna.

No i kolczyki - prezent z początku wpisu. Na końcu będzie zbliżenie ;)

KOTY


Kolczyki - koty (te białe wielkie sztyfty). I pierścień gwiazdkowy. 

Czarne koty dyndające (to brzmi trochę jak rasa :P) - kojarzą mi się z wiedźmą. No cóż, od dekady mieszkam w Kielcach, więc skojarzenie pewnie trafne :D

Kolczyki - łapki i koty... Gdzieś zapodziałam ości rybki do kompletu :) Kiedyś moje ulubione.

Srebrne kotki od Mamusi...

I "pozłacane" (zwał jak zwał) koty polujące na myszy - kolczyki z wystawy kotów. Kocham.


Na koniec...


Moje nowe kolczyki książkoholiczki <3 


I zbliżenie ze strony internetowej :)

Źródło: Internet


A Wy macie jakąś biżuterię, którą można podpiąć pod biżuterię książkoholika? Albo tatuaże (sama planuję na trzydzieste urodziny zrobić sobie taki właśnie prezent)? Gadżetów i ubrań nie liczę, bo to na pewno macie ;) Ale też się pochwalcie! Bo mnie ciekawość zżera :)


A tak na marginesie...

Dostałam się na kolejną edycję Blogotoku! Kogo z Was tam spotkam? :)


poniedziałek, 9 marca 2015

Konkurs Piórko 2015

Biedronka zaskakuje ponownie. W zeszłym tygodniu ukazał się artykuł promujący konkurs literacki (!!!) "Piórko 2015". Chodzi w nim o to, by umożliwić komuś debiut i sprzedaż jego książki dla dzieci - a jest o co walczyć. Sto tysięcy złotych dla autora i drugie tyle dla ilustratora, nakład imponujący... Każdy by się skusił. Ale jak to wygląda w praktyce?

Zachęcam do lektury regulaminu. Dla opornych/leniwych w skrócie powiem, w czym problem.

Primo: nie można być autorem ŻADNEGO tekstu opublikowanego, który miał nadany numer ISBN lub ISSN - czyli w praktyce ktoś, kto wydał coś w ramach selfpublishingu albo pisał do magazynu, który miał nadany numer ISSN (np. recenzje opublikowane w magazynach "Książki", "Fanbook" i w moim przypadku - w magazynie studenckim) - odpada na wstępie. Oznacza to, że pomysł na książkę, który klarował mi się w głowie, odleciał jak ptak do ciepłych krajów jesienią. Szybko i na smutno.

Secundo: prawo autorskie w całości jest scedowane na organizatora - czyli jeśli ktoś wygra konkurs, prawa autorskie do jego książki ma Biedronka. A raczej Jeronimo Martins Polska S.A. Cytując zapis ze strony głównej konkursu: "najbardziej prestiżową gratyfikacją dla debiutujących twórców, będzie publikacja książki i jej sprzedaż w sklepach sieci Biedronka". Jeśli liczycie na to, że będziecie mogli kiedyś podpisać umowę na tę książkę z innym wydawnictwem - no way. Nie ma takiej opcji. Może to zrobić tylko organizator konkursu, choć to pewnie i tak nie będzie miało nigdy miejsca. Cóż, na otarcie łez zawsze jest sto tysi i w przyszłości widok swojej książki najpierw na tekturowym stojaku, a potem w koszu z książkami na wyprzedaży. I +100 do zajebistości. Biedronka, ach, Biedronka. No ale to w końcu prestiżowa gratyfikacja ;) 

I tak, moje prawa autorskie też w pewnym momencie nie należały do mnie, więc wiem, jak to potrafi wkurzać.

Reasumując, jak komuś nie zależy na prawach autorskich i zdecyduje się wziąć udział w konkursie, bo nic nie publikował do tej pory - szczerze życzę mu powodzenia. Wbrew pozorom nie mam nic przeciwko takim konkursom, przeciwko Biedronce i jej właścicielowi ani tym bardziej przeciwko samemu pomysłowi krzewienia czytelnictwa (choć książka będzie w sprzedaży pewnie przez standardowe dwa tygodnie i potem na wspomnianych wyprzedażach) w dyskoncie spożywczym. Rozumiem, że debiut to debiut. Ja najwyraźniej według regulaminu konkursu mam go od ośmiu lat za sobą. 

Jaka szkoda, że pisałam wtedy o Flash Mobach, a nie stworzyłam uroczą książeczkę dla najmłodszych...

środa, 4 marca 2015

RECENZJA: M.J. Arlidge "Ene, due, śmierć"

Pierwsza z serii książek M.J. Arlidge'a wydana w Polsce - "Ene, due, śmierć" - ma dziś swoją premierę. Swój egzemplarz dostałam od wydawnictwa Czwarta Strona (za co bardzo dziękuję, bo zrobiliście mi intelektualnie "dobrze" ;)) i pochłonęłam go w kilka dni.



"Ene, due, śmierć" to wciągająca historia... No właśnie, czyja? Zaczyna się od morderstwa, jak każdy kryminał (standard), ale potem odkrywamy, że to NIE JEST zwykłe zabójstwo, a śmiertelna wyliczanka. Graczami są powiązane ze sobą w jakiś sposób pary - młodzi i zakochani ludzie, dwie prostytutki, dwaj współpracownicy... Które z nich przegra grę o życie? Morderca wykazuje się sporym sprytem i kreatywnością, by spełnić swój diaboliczny plan. Bo tak naprawdę każdy coś przegra, w końcu człowiek jest tylko człowiekiem i ma swoje granice, a przede wszystkim: wyrzuty sumienia. I nie mówię tu tylko o ofiarach zbrodni - również policjanci nie zawsze są fair...

Mordercę tropi Helen Grace, kobieta z przeszłością, twarda i ambitna i poświęcająca się pracy w policji od początku do końca. Ona również zagra w tę grę... Jaki będzie wynik? Przekonajcie się sami.

Nie chcę zdradzać Wam więcej, bo to recenzja a nie streszczenie, ale ręczę, że nie odłożycie tej książki, dopóki nie przeczytacie ostatniej strony.



Na okładce widnieje napis: "Mroczniejszy niż Jo Nesbo". Mnie jednak Jo Nesbo męczył, a Arlidge - wręcz przeciwnie. Może to kwestia języka albo po prostu tego, że tu ciągle coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. W czasach, kiedy natłok kryminałów na rynku każe nam dokonywać selekcji - "Ene, due, śmierć" wyróżnia się spośród innych książek. Warto sięgnąć po ten konkretny tytuł, bo daje do myślenia. W czasie lektury zastanawiamy się nie tylko nad tym, kto jest mordercą i jak my zachowalibyśmy się na miejscu ofiar, ale przede wszystkim - myślimy, do czego zdolny jest człowiek zdesperowany, który staje się powoli zwierzęciem kierującym się instynktem przetrwania. W moim odczuciu książka Arlidge'a jest więc nie tylko naprawdę świetnym kryminałem, ale też książką psychologiczną. I diabelnie żałuję, że kolejny tom serii pojawi się na rynku dopiero we wrześniu.


Panu Franciszkowi też się podobało :)



poniedziałek, 2 marca 2015

Więc chodź, pomaluj mój świat!

Polacy są narodem zestresowanym - ba, nie tylko Polacy. Cały świat jest kłębkiem nerwów. Każdy inaczej radzi sobie ze stresem. Wielu z nas chciałoby wrócić do dzieciństwa, kiedy życie było prostsze i bardziej kolorowe. Ktoś mądry wpadł na pomysł wydania kolorowanek dla dorosłych - jako "Kolorowego Treningu Antystresowego". Wydawnictwo Buchmann z Grupy Wydawniczej Foksal wypuściło na rynek trzy książki - kolorowanki.


Źródło: Internet

Postanowiłam sprawdzić, co to za ciekawostka wydawnicza, na punkcie której oszaleli moi znajomi. Na początku pomyślałam, że to kolorowanki typowo dla dzieci, a potem... A potem zobaczyłam te wspaniałe rysunki. Napaliłam się jak szczerbaty na suchary na choć jeden tom i tydzień temu zamówiłam "Esy-floresy". Dziś dotarły w objęciach mojego P., który przytargał mi paczkę z Arosa - pozwoliłam mu za to pokolorować jedną muszelkę :D


Zawartość paczki ;)

P. śmiał się ze mnie, że nawet się porządnie nie przywitam, a już otwieram paczkę. Cóż, ciekawość to podobno pierwszy stopień do piekła, ale będę tam miała wielu znajomych, więc musiał mnie zrozumieć :)

Zabrałam się za kolorowanie muszelek.





Przepadłam. P. też zaczął kolorować, ale oboje stwierdziliśmy, że moje kredki są do bani i trzeba kupić nowe, lepsze. To ważne! Inaczej nie widać kolorów, a to przecież o to chodzi :) 


Kredki za trzy złote nie do końca podołały... 

Dobrze jest więc na wstępie zainwestować też w naprawdę dobre kredki lub flamastry/cienkopisy, np. Stabilo (choć obawiam się, że będą "przebijały" na drugą stronę). A potem w antyramę, żeby wyrwać obrazek i oprawiwszy go - powiesić na ścianie. Każda strona ma perforację ułatwiającą wyrywanie stron, więc nie ma obaw o porwanie obrazka. 


Tygrys z dedykacją dla mojej tygrysolubnej Mamusi :)

Jedyne, co wydaje się powalać, to cena takiej kolorowanki antystresowej - 24,99 zł, ja jednak kupiłam ją na aros.pl za nieco ponad 17 złotych. Na początku byłam gotowa kupić w ciemno cały pakiet kolorowanek, ale uznałam, że musiałabym na widok rachunku pokolorować wszystkie trzy, żeby się odstresować - darowałam sobie więc. Jedna na razie wystarczy.

I tak jak pisała Kasia z bloga "Z pasją o dobrych książkach" - wygląda na to, że blogerzy książkowi są wyjątkowo zestresowaną grupą, bo każdy z nas albo już ma albo planuje mieć takie kolorowanki :) Ale cóż zrobić, jak są takie fajne! 


OSTRZEŻENIE: to wciąga...