czwartek, 25 czerwca 2015

RECENZJA: Marlena De Blasi "Wieczory w Umbrii"

Na początku chciałam podziękować Business & Culture, bo dzięki nim miałam okazję spędzić kilka uroczych wieczorów z kolejną już książką Marleny De Blasi, chyba mojej ulubionej pisarki piszącej o moich wymarzonych Włoszech. A teraz do rzeczy.



Zastanawiałam się, jak ugryźć tę recenzję. Z jednej strony chcę Wam opowiedzieć o pięciu wspaniałych kobietach, które są bohaterkami książki, przyjaciółkami mieszkającymi w Umbrii i spotykającymi się w swoim gronie co czwartek. Gotującymi z pasją, zgodnie z tradycjami przodków. Chciałabym przybliżyć Wam postaci Chou (czyli narratorki, Amerykanki, jedynej "obcej" w towarzystwie), Mirandy, Ninucci, Gildy i Paoliny. Ale z drugiej strony - nie chcę Wam zdradzać ich historii.

Chciałabym opowiedzieć Wam o wspaniałych opisach Umbrii, zwyczajów jej mieszkańców, o nocach przesyconych historią i rozmowami o życiu. O tym, jak wielka jest siła miłości, przyjaźni i dobrego jedzenia.



Chciałabym również przekazać Wam opisy jedzenia zamieszczone w książce, ale zgodnie z prawem autorskim nie mogę tego zrobić. Tak na marginesie - na końcu książki De Blasi zamieściła zbiór przepisów, za których wypróbowywanie człowiek od razu chce się zabrać.

Chciałabym przekazać Wam ten cudowny nastrój, jaki towarzyszy lekturze tej książki. Bo Marlena De Blasi ma niesamowity talent do tworzenia tak sugestywnych opisów, że nie sposób nie mieć wrażenia, że siedzi się z bohaterami przy jednym stole, przeżywa z nimi ich problemy. Są naszymi przyjaciółmi.

Ale wiecie co? Sami musicie (ba, choć może nawet o tym nie wiecie, po prostu CHCECIE!) się przekonać, jak cudowna, ciepła i wprost idealna na lato jest ta książka. Po prostu. Życzę Wam, żebyście w czasie lektury "Wieczorów w Umbrii" odczuwali te same emocje, które odczuwałam ja. Żebyście zagłębili się w ducha magicznego Orvieto...





I, tak na koniec, chciałabym Wam polecić pozostałe książki De Blasi. Odkryjcie jej włoski świat, a zakochacie się w nim bez pamięci!

wtorek, 23 czerwca 2015

Dziś trochę o szacunku.

Szacunek. Taaak, to trudna sprawa. Każdy z nas chce być szanowany, ale czy każdy z nas szanuje - drugiego człowieka, zdrowie... Książki?

Po ostatniej wizycie w bibliotece do domu wróciłam z naręczem nowych książek (wiem, nie byłabym sobą, gdybym wypożyczyła jedną czy dwie, musiałam od razu całą kartę załadować). O ile trzy z nich były idealne, "nieśmigane", jedna prawie nieczytana, tak "Obca" Diany Gabaldon była w takim stanie, że miałam ochotę usiąść i zapłakać.

Pomijam fakt, że książka jest świetna i kiedy ją odkryłam, nie mogłam się od niej oderwać, a wypożyczenie papierowego egzemplarza po kupieniu e-booka miesiąc temu to było preludium do kupna własnego zestawu książek Gabaldon. Pomijam również fakt, że wydanie ma 5 lat (z czego daję mu jakieś 4 w wypożyczalni - wiadomo, opracowanie rzeczowe trochę trwa) i ma prawo być zaczytane.

Ale litości. To jest ZNISZCZONE.

Na bibliotekoznawstwie i przez pozostałe lata mojego życia książkoholika nauczyłam się szacunku dla książki. Wiem, ile poświęcenia kosztowało autora jej napisanie, wiem też, jak ciężko jest wydać książkę i ile to zachodu. Znam doskonale historię książki od epoki malowideł naskalnych po e-booki. I wiecie co? Nie przemawiają do mnie tłumaczenia typu "książka zniszczona to znaczy, że czytana i lubiana". O nie.

Ludzie często nie mają szacunku do cudzej własności. A wiadomo, egzemplarz biblioteczny, za który nie musimy płacić, który nie jest nasz, można traktować jak jakiś śmieć. Ale ja podchodzę do tego tak: im bardziej zadbamy o egzemplarz biblioteczny, tym dłużej będzie służył innym. Eksploatacja eksploatacją, ale dbać o cudzą własność warto. Bo warto być przyzwoitym, tak po prostu. Nie mazać po książkach, nie zaginać rogów, nie łamać grzbietów i - o zgrozo - nie wywijać okładek do tyłu, żeby "wygodniej" czytać. Za takie coś ochrzaniłam kiedyś koleżankę ze studiów - bo mnie bolał sam widok książki wywiniętej na drugą stronę, bo tak jej było ją wygodniej trzymać.

Książkę to BOLI, do licha. Ona CIERPI.

A jakby tego było mało - kartki wypadające w czasie czytania czy porwane okładki też się zdarzają. Auć.

Zastanawiam się, czy gdyby ktoś musiał sam sobie wyprodukować własny egzemplarz książki, gdyby musiał za niego zapłacić (bo dziś mówię o książkach z biblioteki, a nie "kupnych"), szanowałby ją bardziej. Gdyby wiedział, ile to kosztuje - nie tylko finansowo.

Pamiętam również przypadek z czasów liceum, kiedy pożyczyłam koleżance egzemplarz 5 tomu "Harry'ego Pottera". Oddała mi go mniej więcej w takim stanie, w jakim jest Gabaldon z biblioteki. I nie widziała w tym problemu...



Reasumując, szanujcie książki. One żyją i mają długo nam służyć. A za dobre traktowanie odwdzięczą nam się pięknym wyglądem na półce.

PORÓWNANIE





Egzemplarz biblioteczny i mój własny (już czytany - a stan ciągle idealny).



P.S.
Na pytanie pt. "gdzie kupić tanio te książki?" odpowiadam: pakiet 4 tomów Gabaldon zakupiłam na stronie Świata Książki za 99,99. Na Arosie też nie są drogie, ale pakiet opłaca się najbardziej. Za cztery miesiące kupię kolejne 4 tomy :) Bo po prostu warto je mieć! Będę do nich na pewno wracała.

środa, 3 czerwca 2015

RECENZJA: Jeffrey Small "Oddech Boga"

"Oddech Boga" to kolejna książka otrzymana od wydawnictwa Czwarta Strona, którą rozpieścili mój mózg. Jako fanka thrillerów nie spodziewałam się, że będzie AŻ TAK dobra. Jestem nią bardzo mile zaskoczona i wiem, że mogę Wam ją z czystym sumieniem polecić na długi (i nie tylko) weekend.



Akcja rozpoczyna się w Bhutanie, gdzie poznajemy doktoranta, Granta Matthewsa, badającego zależności między religiami. Równolegle znajdujemy się w Stanach Zjednoczonych, w Alabamie, gdzie mieszka i pracuje kaznodzieja, Brian Brady. Pozornie niezwiązani ze sobą, okazują się być po dwóch stronach barykady - barykady, jaką jest sposób postrzegania Jezusa i religii świata. Matthews, naukowiec, usilnie próbuje odzyskać utracone kilka lat wcześniej dobre imię i udowodnić, że Jezus czerpał wiedzę z buddyzmu i hinduizmu. Pastor Brady, zwolennik teorii biblijnych, za wszelką cenę próbuje mu to uniemożliwić. A w zasadzie nie on - na drodze Matthewsa staje bowiem fanatyczny wyznawca teorii pastora, a przy tym samozwańczy żołnierz Boga, Tim Huntley.



Na początku myślałam, że ciężko będzie mi się wciągnąć w treść książki. Myliłam się - zanim się obejrzałam, zostałam wielką fanką Smalla. Wartka akcja, tajemnice, morderstwa, niedostępne klasztory, światowe zabytki, odrobina romansu i dużo religii i mistycyzmu - wszystko to znajdziemy w "Oddechu Boga". Do tego przystępny język, dobre tłumaczenie (ukłony dla Agnieszki Kalus) i od książki naprawdę nie da się oderwać.

Czytając Smalla ma się wrażenie, że coś podobnego już się czytało (nie jest to jednak wada książki). Na myśl od razu przychodzi mi Dan Brown i jego twórczość. Podobna konwencja, podobni bohaterowie - naukowcy, kobieta jako towarzysz przygody, podróże na drugi koniec świata. I to tempo - Remigiusz Mróz nazwał je zawrotnym i miał rację. W czasie lektury nie ma szans na nudę. Small jest mistrzem cliffhangerów, tu hasło "jeszcze jeden rozdział i spać" faktycznie kończy się na nieprzespanej nocy. Tyle tylko, że Dan Brown w porównaniu z Jeffreyem Smallem wymięka i odchodzi do lamusa.

Książka poza wprowadzeniem religijnego zamętu stanowi też bardzo ciekawe źródło cytatów. Przemyślenia bhutańskich mnichów dają czytelnikowi do myślenia, lektura nie zawsze jest więc łatwa, bywa raczej wymagająca, choć podchodzi się do niej jak do klasycznego, dobrego (i grubego - na szczęście, bo wystarcza na dłużej!) thrillera, który można szybko i sprawnie pochłonąć. Wielki plus tej pozycji to to, że nie dzieli bohaterów na złych i dobrych. Tak naprawdę każdy ma odrobinę racji w swoich przekonaniach, co czytelnik z każdą stroną coraz bardziej rozumie.

Wady książki? Nie zauważyłam.No, może rozwinęłabym akcję o kolejne 550 stron :) To zdecydowanie must-read sezonu wiosna/lato 2015!


Jeden z ciekawszych cytatów


Jako podsumowanie mam do powiedzenia jedno:

Schowaj się, Danie Brown - nadchodzi Jeffrey Small! :)

piątek, 29 maja 2015

Jak zostałam książkoholiczką? Studium przypadku.

Odpowiedź jest prosta: ciężko jest nie zostać książkoholikiem, jeśli od dziecka żyło się wśród książek i w poszanowaniu dla nich.

Zaczęło się od książek czytanych mi przez Rodziców (i nie tylko). Już w wieku 3 lat próbowałam udawać, że czytam, a przy okazji podkradałam Rodzicom pewną szczególną książkę z półki i na niej uczyłam się czytać. Jak tego dokonałam - do dziś nie wiem.

I byłam chyba jednym z niewielu dzieciaków, które w wieku 4 lat NAPRAWDĘ przeczytały "Pana Tadeusza".

Egzemplarz był miniaturowy, a mój Tata wręczył go ponad 30 lat temu mojej Mamie zamiast pierścionka zaręczynowego. Czcionka - gotyk. Taaaak. Jeśli wiecie, jak wygląda gotyk, zrozumiecie, jak wielkim hardcorem byłam jako gówniara. Uczyć się czytać na miniaturze "Pana Tadeusza" napisanej gotykiem. Bezcenne. Mogłabym to wpisać w CV.

Poza tym z dzieciństwem kojarzą mi się książki z ilustracjami Jana Marcina Szancera, cała seria o Ani z Zielonego Wzgórza, kolejna o Muminkach, "Polyanna", "Tajemniczy opiekun"... Klasyka i nowości wydawnicze (które aktualnie, po ćwierć wieku, też są już uznawane za klasykę). Bywało i tak, że podkradałam Babci romanse, Tacie książki o II wojnie światowej czy o górach, a Mamie wszystko, co tylko dało się podkraść do czytania. Nawet w toalecie mieliśmy sennik, który namiętnie czytałam, grając w grę o tron :)

Pierwsze świadome wybory czytelnicze to czasy podstawówki. Nudziłam się w szkole, bo kiedy dzieciaki uczyły się czytać - ja już czytałam pod ławką. I czasem coś pisałam. To były czasy, kiedy czytałam zawsze i wszędzie. Już wtedy chodziłam z książką pod pachą - i tak mi zostało do dziś, choć w wygodniejszej opcji, bo książki mam w torebce.

Na dalszym etapie edukacji bywałam wyśmiewana za miłość do książek. Teraz mogę powiedzieć WAM, którzy mnie, okularnicę z nosem w książce przez wiele lat gnębiliście chamskimi przytykami - gońcie się ;)

Po maturze postanowiłam iść na studia, wybrałam informację naukową i bibliotekoznawstwo. Tym samym pogłębiłam swoje zboczenie - teraz mogę śmiało nazywać je zawodowym. W czasie studiów masowo nabywałam nowe książki do kolekcji, więc w ciągu tych dziesięciu lat mój księgozbiór znacząco się powiększył. Czasem nie znam umiaru. I co z tego? Każdy ma jakieś wady ;) Moją wadą jest wydawanie pieniędzy na książki zamiast na ciuchy czy kosmetyki. Jeśli miałabym w portfelu dychę i miałabym iść do takiej Biedronki po zakupy - kupiłabym pewnie książkę na wyprzedaży zamiast artykułów pierwszej potrzeby. Jak to było uroczo powiedziane w książce Janusza Leona Wiśniewskiego "Na fejsie z moim synem" - na starość będę chyba "wpierdalała celulozę".



Felka kontra remont i książki :)

Dochodzę do wniosku, że przebywanie wśród książek też nie ułatwia mi życia i wzmaga tylko mój książkoholizm. Mądre powiedzenie - "dom twój tam, gdzie książki twoje" - jest moim mottem życiowym. Najlepiej czuję się otoczona papierem ubranym w piękne okładki. Przygarniam podniszczone książki, wychodząc z założenia, że nikt inny ich nie przygarnie. Uwielbiam patrzeć na książki. Na moje własne szczególnie. Wyciszam się w otoczeniu książek, a najlepiej odstresowuje mnie dobra lektura. Podejrzewam, że wielu książkoholików mnie rozumie, że nie jestem w tym sama. Książka to dla mnie coś więcej niż książka - to niezbędny element życia, wystroju mieszkania i gdybym była ich pozbawiona - nie byłabym sobą. 

Chcesz mnie zdołować? Zabierz mi książki. 

Wydaje mi się, a nawet mam pewność, że książkoholizm zawdzięczam mojej Rodzinie. To oni zaszczepili we mnie chorą miłość do literatury. To oni zabierali mnie do księgarni. To oni rozumieli moją potrzebę czytania, przez którą do tej pory kiepsko radzę sobie w kuchni (wolę czytać niż gotować - gotowanie mnie nudzi). To ich "wina", że jestem, jaka jestem. Kompletnie porąbana. 



Ale ja tak strasznie kocham książki!!!

wtorek, 19 maja 2015

Targi książki, na których mnie NIE było...

Za każdym razem, kiedy w Warszawie, Krakowie czy Katowicach odbywają się targi książki, obiecuję sobie, że je odwiedzę. Udało mi się raz, w Katowicach. Nic specjalnego. W zasadzie zero obniżek cen, spotkania z autorami niszowymi, stoiska jakieś takie ubogie... Zniechęciłam się. Wiem, że targi w Krakowie czy Warszawie są o niebo lepsze, ale z drugiej strony - czy obecność tam jest mi naprawdę niezbędna do życia?

Kocham pewien portal za ich promocje książkowe z okazji targów. W sumie kocham za to dwa portale. Promocje na e-booki to dla mnie ostatnio zbawienie. Od kiedy przerzucam się powoli z książek drukowanych na elektroniczne, staram się kupować je jak najtaniej. Potrafię wyczekać miesiącami na dobrą promocję i co? I nagle okazuje się, że z okazji takich targów mam ją za grosze lub wręcz za darmo. To jest dopiero coś! Tak to ja mogę czytać - legalnie i tanio, a do tego nie muszę kombinować, gdzie na półce wcisnę kolejną książkę.

I choć mam "magistra z upychania książek", to za cholerę sobie z tym ostatnio nie radzę. Za dużo tego. Czas przystopować i skupić się na e-bookach. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiem, że wersja drukowana nie różni się od wersji elektronicznej (np. w niektórych wydaniach elektronicznych nie ma map czy fotografii - a szkoda).

Z okazji targów w Warszawie, odbywających się w ten weekend, nabyłam dziś za grosze "Obcą" Diany Gabaldon (tyle osób mi to polecało, że w końcu się skusiłam), w zeszłym tygodniu "Mężczyznę, który zapomniał o swojej żonie" Johna O'Farrella i od piątku do niedzieli korzystałam z promocji Publio.pl, za co dostałam za darmo osiem tytułów (codziennie między 9 a 12 i między 18 a 21 udostępniano za darmo jednego e-booka - nie powiem, natrudziłam się trochę, żeby zdobyć je wszystkie).

1. "Małe kobietki"
2. "Absurdy PRL-u" (genialna książka, nie mogę się oderwać)
3. "Zagubione cywilizacje"
4. "Umarli tańczą"
5. "Lalka" (w tym nowym, pięknym wydaniu)
6. "Gdański depozyt"
7. "Ludzie w kłopotliwych miejscach"
8. "Martin Scorsese"

I jak tu nie być ukontentowaną? :)

Nie musiałam stać w kolejkach, wydawać masy pieniędzy (którą to masę na pewno bym wydała, choć jej nie mam - tym samym oszczędziłam na kocie żarcie dla Franka), dźwigać kilogramów książek (a z moim kręgosłupem ostatnio było kiepsko), a mam to, co chciałam. A nawet więcej.

Czy udział w takich promocjach można uznać za udział w targach? ;)



A Wy? Byliście na targach (wiem, że część z Was była)? Co upolowaliście (widziałam łupy - zazdroszczę)? Spotkaliście ulubionych autorów (tylko z tego względu żałuję, że nie pojechałam, choć z drugiej strony wiem, jakie były kolejki do autorów, których chciałam poznać - żadna to radocha pogadać dwie minuty i zgarnąć autograf... Wolałabym spotkanie przy kawie ;))?

wtorek, 12 maja 2015

Literatura uzdrawiająca duszę :)

Od kilku (tygo)dni chodzi za mną książka Mitcha Alboma "Jeszcze jeden dzień". Mam ją od dobrych kilku lat i odkładam na tzw. zaś. Wiem, że warto.

Moja przygoda z tym autorem rozpoczęła się w 2004 roku od jego książki "Pięć osób, które spotykamy w niebie" (film też widziałam). Pamiętam, że zostawiła po sobie ślad w postaci wielu godzin przemyśleń. Była po prostu ŚWIETNA. Przeżywałam wtedy licealną fascynację - jak chyba każdy z nas, choć nikt się do tego teraz nie przyznaje (podobnie jak do słuchania Kelly Family w latach 90.) - Paulo Coelho. Książki Alboma są polecane jego fanom, więc... Spróbowałam. I wiecie co? Albom jest o niebo lepszy. Mniej tu pitolenia o byle czym w byle jaki sposób, który z pozoru wygląda na mądry. Bo tak, teraz tak właśnie myślę o Coelho. Od lat pisze na jedno kopyto i naprawdę zastanawiam się, gdzie ja miałam mózg, kiedy go czytałam. Wygłaszał takie oczywiste oczywistości ;)

Po kilku latach zdobyłam więcej książek Alboma, do kolekcji brakuje mi tylko ostatniej, "Pierwszy telefon z nieba". Nie jestem specjalnie religijna (do tego też nie boję się przyznać), ale książki tego konkretnego autora sprawiają, że naprawdę myślę o życiu, śmierci, Bogu, uduchowieniu i całej tej otoczce. A to już coś.



Wydaje mi się, że każdy z nas potrzebuje czasem odrobiny wiary. Nie tylko w Boga, ale w jakąś siłę wyższą. Potrzebuje wspomnianego już przeze mnie uduchowienia. Te książki to zapewniają. Uzdrawiają dusze i może nie nawracają czytelników, bo podejrzewam, że targetem Mitcha Alboma (jak i Coelho czy nawet Sparksa) są głównie osoby, w większości kobiety, wierzące w Boga, ale na pewno skłaniają do przemyśleń. Zawierają masę życiowej mądrości przekazanej w sposób, który jest do strawienia. 

W czasie lektury książek Alboma warto zaopatrzyć się w zakładki indeksujące - będą nam niezbędne do zaznaczania ciekawych cytatów. Nie należę do osób nadużywających podkreślaczy czy właśnie zakładek indeksujących, ale w tym przypadku mój egzemplarz "Wtorków z Morriem" nieco przybrał na wadze i objętości, bo tyle ich używałam ;) 





Jeśli więc potrzebujecie chwili dla siebie, odpoczynku od zgiełku codzienności - łapcie te książki w swoje ręce i czytajcie. Są magiczne. I wciągają. A przede wszystkim - pochłania się je w ekspresowym tempie..

czwartek, 30 kwietnia 2015

Angielski ogród w Biedronce.

Jubileuszowy, pięćdziesiąty post wymaga fajnej oprawy. Pomyślałam o kwiatkach. A jako że kwiatki w moim otoczeniu zadziwiająco szybko zdychają (nie żebym miała z tym coś wspólnego, w końcu wymieniam im wodę... Kiedy wkładam je do wazonu...), uznałam, że kwiatki będą, ale na okładce.

Instagram przeżywa zatrzęsienie biedronkowych książek. Znowu. Bo są za dychę, to grzechem byłoby ich nie kupić - sama wychodzę z takiego założenia ;) Najwyraźniej jestem grzesznicą, ale to w sumie nic nowego. Bo nie kupiłam nic. Do dziś.

Każdy ma swoje granice wytrzymałości :D

Zacznę od tego, że wydań Austen mam kilka. Albo bardzo stare, albo po angielsku, albo w kiepskim tłumaczeniu i kieszonkowe. Albo za dychę z kiosku, bo AmerCom wydało serię klasyki literatury i wybrane tomy nabywałam. Miałam nie kupować tych, które były dostępne w Biedronce z tego własnie powodu, ale również dlatego, że mam wydania książek Elizabeth Gaskell z serii "Angielski ogród" - tej oryginalnej serii, z obwolutą. Nieco się różnią, a ja mam hopla na punkcie jednolitości okładek w serii.

Jednak nie ma pierdu, pierdu i męską decyzję podjęłam wczoraj - kupuję nowe "Opactwo Northanger", bo stare jest beznadziejne i nie da się go czytać. Nie tylko przez tłumaczenie, ale i wygląd, kiepskie wydanie. Dziś więc zapolowałam w Biedronce na Austen i...

Żałujcie, że nie widzieliście, jak przedzierałam się przez tłumy ludzi przy kasach, żeby dotrzeć do tego dziwnego, tekturowego CZEGOŚ z książkami. Byłam jak lwica na polowaniu. I dobrze, bo zaraz za mną była jakaś kobieta, ewidentnie polująca również, a Austen była tylko jedna.

Zgadnijcie, kto wygrał.


Dorwałam dwie książki :)


Dla porównania - NIE MA porównania.

Jednak reklama instagramowa to potęga i więcej wydań nie było. Może to i lepiej, bo skusiłabym się pewnie na nowe wydanie "Rozważnej i romantycznej" i "Dumy i uprzedzenia". A mam takie wydania Jane Austen:


(Wiem, że Bronte to nie Austen, ale też jest fajnie wydana!)



Jeśli wydadzą "Mansfield Park" i "Perswazje" w serii "Angielski ogród" - "Perswazje" na pewno kupię. To wydanie jest jakimś cudem tak sztywne, że nie da się go czytać, nad czym ubolewam, bo dekadę temu po maturze czytałam wydania oryginalne... I na pewno kupię "Emmę" w tym wydaniu, bo po polsku jej jeszcze nie czytałam :)


Penguin Classic :) 

A jaka jest podstawowa różnica między oryginalnym "Angielskim ogrodem" a tanimi jego wydaniami? To proste. Okładka.


Trzy tomy Elizabeth Gaskell - "Północ i Południe", "Panie z Cranford" i "Żony i córki" - bez obwoluty. Na cienkim paseczku nazwisko autorki. 


Tu przybliżenie (i gratis ogon Franka)


Grzbiety też się różnią. 


A tak wyglądają oryginalne wydania w obwolucie.
(Zdjęcia z wpisu listopadowego, więc wino urodzinowe było :D)


I grzbiet wydania biedronkowego.

Poza tym wydania z Biedronki są nieznacznie mniejsze (różnica centymetra?) od tych z obwolutą i w normalnej cenie. Okładki nawet bez obwoluty są matowe, tu - pełen błysk. Ale do tego błysku wydań za dychę już się przyzwyczaiłam i sporo takich tytułów z serii leży u mnie na półce.


Natomiast na koniec, jako ciekawostkę, pokażę Wam, co mnie BARDZO, ale to B A R D Z O razi. 




Z pozdrowieniami, Jane z Austin w Teksasie.


I idę czytać ;)